Requiem for a Dream/Requiem dla snu (2000)

 "They held each other and kissed and pushed each others' darkness into the corner,
 Believing in each others' light, each others' dream." -Hubert Selby, Jr.

Dalej piszę na klawiaturze trzęsącymi się rękami. Pół godziny temu skończyłam oglądać "Requiem dla snu". Dziesięć minut przepłakałam. Drugie dziesięć minut patrzyłam tępo w sufit. Potem włączyłam sobie soundtrack i zabrałam się za pisanie. Skasowałam wszystko, co spłodziłam i zaczynam od początku.
Pierwszy raz zetknęłam się z tym filmem kilka lat temu. Wszystko dzięki Jaredowi Leto - wokaliście mojego niegdyś ulubionego zespołu. Szukałam filmów z jego udziałem (jest także aktorem) i natknęłam się na "Requiem (...)". Od razu zapragnęłam go obejrzeć - przede wszystkim dlatego, że miał bardzo pozytywne recenzje i traktował o narkomanach. Po seansie moje zawieszenie między fikcją, a rzeczywistością trwało o wiele dłużej niż teraz. Pamiętam to jak dziś - skończyłam oglądać film o 19:00, siedziałam patrząc tępo w ekran przez godzinę. Potem weszłam do łóżka i przez pół nocy kotłowałam się pod kołdrą, próbując znaleźć sobie miejsce. Moje poruszenie tym obrazem i tę dziwną reakcję starałam się złożyć na karb swojego wieku, ale dobrze wiedziałam, że to nie o to chodzi. W końcu dlaczego zwlekałabym ponad cztery lata, by obejrzeć coś, co było dla mnie straszne tylko dlatego, że do tego nie dorosłam?

"Requiem dla snu" to film, którego głównym bohaterem jest nałóg. Nie Sara Goldfarb, nie Harry, nie Marion - nałóg sam w sobie. Jego potęga, postaci, stadia rozwoju i opłakane skutki. To opowieść o przeciętnych ludziach, z przeciętnymi umiejętnościami, żyjącymi w przeciętnej dzielnicy. Nikt tam nie biega w garniaku, nie żyje w willi, nie przymila się do szefa, nie kupuje torby u Versace... To dlatego obraz zyskuje na prawdziwości - takim człowiekiem mogę być ja, możecie być Wy, mogą być Wasi bliscy. Dlaczego? Otóż nałóg to choroba, która może przytrafić się każdemu.
Główni bohaterowie "Requiem (...) posiadają zwykłe, ludzkie marzenia - Sara Goldfarb chce wystąpić w telewizji i schudnąć, Marion, Harry i Tyrone chcą zarobić, stać się potrzebnymi, cenionymi, szczęśliwymi i ważnymi ludźmi. By zrealizować te marzenia sięgają po środki, które kreują im ich własny świat, odsuwają od rzeczywistości i zmartwień - są nimi narkotyki, telewizja czy potencjalnie bezpieczne pigułki na receptę. Wraz z kolejnymi minutami filmu obserwujemy ich klęskę i poniżenie. Z każdą sekundą zatracają się w swoim nałogu, niszczą swoje ideały i plany. Tracą pozycję wśród znajomych, wolność, zdrowie, poczucie własnego "ja". Oddalają się od siebie, nie potrafią funkcjonować w społeczeństwie, stają się wrakami człowieka, nie zostaje im nic...

Film jest wykonany perfekcyjnie. Od znamiennego tytułu (requiem to utwór pożegnalny, msza żałobna), przez niesamowity montaż (na przykład kilkusekundowe animacje obrazujące proces zażywania narkotyków) i muzykę, do wspaniałych kreacji aktorskich (Ellen Burstyn, czy chociażby Jared Leto). Dawkowanie akcji też uznaję za mistrzostwo - reżyser dokładnie wiedział, gdzie przesadzić z szybkością i natłokiem wydarzeń, gdzie znów spowolnić i skłonić do zadumy. Ta opowieść hipnotyzuje, sprawia, że widz lgnie do monitora - nie na odwrót.

Kim naprawdę jesteśmy? Co w życiu jest najważniejsze? Do czego dążymy? Jaką cenę jesteśmy gotowi zapłacić za nasze marzenia? Czy jesteśmy pewni, że droga, którą obraliśmy jest właściwa? Czy żyjemy "tu i teraz", czy poruszamy się w sferze nierealnej, w sferze tęsknoty naszych serc? Czy musimy poświęcić miłość dla naszych chwilowych zachcianek? Co jest ważniejsze - nasze zdrowie, czy nasze marzenia? - te i podobne pytania zadacie sobie zapewne pod koniec seansu. Obok dzieła Aronofsky'ego nie można po prostu przejść obojętnie!

Ludzie mogą mówić co chcą - ja "Requiem dla snu" uznaję za jeden z najlepszych filmów, jaki obejrzałam w życiu. Nie doświadczyłam jeszcze tak ogromnej, wszechogarniającej pustki w sercu, gdy pojawiły się napisy końcowe. Sześć.

Jeszcze nie umieszczałam w moich recenzjach cytatów z filmu. Teraz jednak mam potrzebę, by to zrobić:

" What have I got, Harry? Hmm? Why should I even make the bed or wash the dishes? I do them, but why should I?  I'm alone. Your father's gone, you're gone I got no one to care for. What have I got, Harry?  I'm lonely.  I'm old. " 
"- Hello Marion. - Harry? - 'Marion, I've been thinking about you so much. Are you ok? - When you're comin' home? - Soon. - When? - Soon. - You holdin' out all right? - Harry? Can you come today? - Yeah. I'll come. I'll come today. You just wait for me, all right? - OK, Harry. - 'I'm coming back, Marion. - Yeah. - Marion? - Yeah? - I'm really sorry, Marion. - I know." 
"- I love you Harry. You make me feel like a person. I am me and I'm beautiful.- You are beautiful. You are the most beautiful girl in the world. You are my dream."

10 komentarzy:

  1. Potwierdzam. Film mocny, bardzo przejmujący i dający do myślenia. Wspaniale wykreowana postać matki.

    OdpowiedzUsuń
  2. Widziałam go wiele lat temu z koleżanką. Wbiło nas w siedzenia, nie wiedziałyśmy jak się odezwać. To jeden z tych filmów, które wchodzą w duszę i pozostawiają trwały ślad. Kiedy zobaczyłam tytuł wpisu zaczęły napływać wspomnienia tamtych emocji.

    Cudowna obsada: Ellen Burstyn, Jennifer Connelly i właśnie Jared Leto (też miałam małego fioła na jego punkcie, ale nie miało to związku z muzyką)

    OdpowiedzUsuń
  3. Ja próbowałam po kolejnym obejrzeniu napisać jego recenzje i dałam sobie spokój. Jakoś nie umiałam tego opisać. To trzeba zobaczyć i tyle.

    OdpowiedzUsuń
  4. tak, to jest ten z nielicznych filmów, po którym przez niemalże pół godziny wpatrywałam się w pusty ekran. i nie, nawet nie rozmyślałam, nie zadawałam sobie pytań - po prostu się zawiesiłam, myślami byłam jeszcze tam.
    cholernie dobry, cholernie mocny i cholernie szybko zapada w pamięć.
    film zrobiony ze smakiem - ludzie normalni, ani margines, ani wyżyny społeczne. muzyka genialna. i te krótkie wstawki apropos narkotyków. mm.

    mm? 30STM już nie są Twoimi ulubieńcami?<;

    OdpowiedzUsuń
  5. Świetny, świetny film. Nowatorsko zmontowany, a muzyka genialna.

    OdpowiedzUsuń
  6. Anee- a widziałaś ostatnio tych moich ulubieńców? Ostatnia płyta poszła w pop i łatwy zysk, Działed coraz bardziej gwiazdorzy, zachowuje się jakby był najbardziej rozpoznawalną i najlepszą gwiazdą na świecie. Poza tym zwróć uwagę co sobie zrobił na głowie. Ratunku.

    OdpowiedzUsuń
  7. na głowie to nie ma czegoś takiego a la Bellamy?
    fakt, popowe to to jest... mm, szkoda, że tak się zepsuł, no.

    OdpowiedzUsuń
  8. Anne ale i tak są w czołówce moich ulubionych zespołów. Tylko aktualnie tego naj nie mam. Chociaż ciągle jak słyszę "ulubiony" to machinalnie mówię "30 Seconds to Mars". I tak by zostało. Gdyby zatrzymali się na pierwszej płycie ;) Ewentualnie na drugiej, bez zaczątków gwiazdorzenia w wykonaniu Działeda.

    A'la Bellamy? Bellamy miał irokeza? Bellamy, z tego co pamiętam, miał czerwone i niebieskie włosy. Ale nie irokezy...

    OdpowiedzUsuń
  9. Film jest świetny! Ukazanie uzależnienia w każdej sytuacji i w każdym wieku, bardzo dobre posunięcie. Do filmu wrócę nie jeden raz :).

    A co do 30STM to prawda płyta za płytą stają się bardziej popowi niż rockowi, ale głos "Działeda" nadal mnie przy nich trzyma :)

    BTW: Twój blog jest świetny, dobra forma ukazania, że kultura to nie tylko prasa i TV, ale także książki i dobre kino, jak i teatr, który osobiście kocham : ). Zapraszam także do mnie :)http://artbypeyton.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  10. Przyjemnie się czytało :) Popowy, nie popowy, ale dobrej jakości (mówię o ostatnim albumie). Zgadzam się, że zrobili się bardziej mainstreamowi, ale... nie czarujmy się, wszystkie znane (naprawdę znane) zespoły tak mają. Niewielu jest ludzi, którzy pozostaną alternatywni, kiedy ktoś proponuje im pieniądze, większą popularność i uwielbienie fanów. Będą drążyli jeszcze bardziej w tym kierunku, bo This Is War miało najlepsze recenzje spośród ich wszystkich płyt.

    OdpowiedzUsuń