Niemoc twórcza i chroniczny brak czasu dopadły mnie i tego roku. To główny powód dla którego nie lubię jesieni i zimy. Dni są coraz krótsze, a ja, z racji tego, że nie lubię sztucznego światła, bo natychmiast robię się senna - co roku nie potrafię się odnaleźć w nowym rytmie pracy. Dopiero w listopadzie wygrzebuję z jakichś sobie tylko znanych miejsc pokłady życiowej energii i nadchodzące zawieje i zamiecie nie są mi straszne. Także czekam z utęsknieniem do tego miesiąca ;)
"Wikołak" Maberry'ego utrzymał mnie w ponurym nastroju swoimi opisami gotyckiego, tajemniczego i zaściankowego miasteczka w Anglii, starej i przerażającej posiadłości, czy barwnej nocy i księżyca w pełni. Głównym bohaterem opowieści jest Lawrence Talbot - znany aktor, który po pojawieniu się w rodzinnej Anglii, zostaje powiadomiony o nagłym zniknięciu swego brata. I chociaż oddał dużo, by nie musieć wracać do swoich rodzinnych stron, do zacofanej prowincji i posiadłości jego ojca - koniecznie chce wyjaśnić tę sprawę. Trafia na ludzi o typowo prostolinijnym myśleniu, którzy karmią się zabobonami i sensacjami. Jednak z czasem przekonuje się, że nie wszystko, co wymyślają tamtejsi mieszkańcy jest wyssane z palca. Lawrence będzie musiał stawić czoła nie tylko groźnej bestii, ale także sobie samemu. Swoim lękom i pożądaniu, a także przeszłości, która wraca do niego w snach i nie daje mu chwili wytchnienia.

