Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 1/6. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 1/6. Pokaż wszystkie posty

Rafael Santandreu "Okulary szczęścia" - czy aby na pewno?



"Okulary szczęścia" przyciągnęły mnie do siebie już od samego początku. Interesująca okładka, ciekawy temat. Uwielbiam książki dotyczące motywacji, samorozwoju i szukania szczęścia w życiu. A opis "Okularów szczęścia" obiecywał, że każdy z nas może się zmienić, jeśli tylko wykorzysta złote rady zawarte w książce. Postanowiłam spróbować. Pożałowałam.

Psychologia poznawcza jest znana mi nie od dziś. Sama stosuję ją na co dzień, dzięki czemu jestem człowiekiem relatywnie szczęśliwym. Działam w taki sposób: "Miałam niespodziewany wydatek rzędu 100 zł? No tak, zdarzyło się. Ale ostatnio zaoszczędziłam kupę pieniędzy na promocji / dostałam zastrzyk gotówki / zrezygnowałam z jakiegoś zakupu. Więc w najgorszym razie wychodzę na zero!" albo "Miałam ciężki dzień, ale wrócę do domu, a tam będzie na mnie czekał najnowszy odcinek ulubionego serialu!". Takie myślenie rzeczywiście pomaga i potrafi rozjaśnić mi szarą rzeczywistość. Z doświadczenia wiem jednak, że na mnie działa ono tylko i wyłącznie wtedy, kiedy dotyczy rzeczy drobnych, które nie mają aż tak wielkiego wpływu na moje życie. Rafael Santandreu obiecuje za to, że dzięki podobnym procesom myślowym jesteśmy w stanie rozwiązać wszystkie swoje problemy. Niestety nie dla każdego będzie to takie proste.

"Skoro określiliśmy, że jedyne, czego naprawdę potrzebujemy, to dzienne racje jedzenia i picia, można wywnioskować, że nie potrzebujemy niczego więcej" - tak możemy wyczytać już na pierwszych stronach książki. I poniekąd jest to prawda. Ale potrzebujemy również ZAROBIĆ na te dzienne racje. I najlepiej nie pracować 12 godzin dziennie przerzucając ciężary. I chociaż TEORETYCZNIE nawet wtedy powinniśmy się cieszyć z życia, bo MAMY PRACĘ, no to cóż... potrafilibyście żyć w ten sposób? Okłamywanie siebie, że "wszystko jest w porządku" ma pewne granice.

W kolejnych rozdziałach rzuciło mi się w oczy również "racjonalne przekonanie" według Santandreu: "Nie chciałbym, by moja żona mnie zdradziła, ale czy rzeczywiście byłby to koniec świata? A co ma powiedzieć ktoś, kto został sparaliżowany wskutek wypadku?". Nie ma to, jak porównywanie paraliżu do zdrady... Jest to tak samo zasadne, jak wyświechtane: "Narzekasz na ciężką pracę? Przynajmniej masz co jeść! Dzieci w Afryce głodują!". Życie jest pełne niesprawiedliwości. To rosyjska ruletka - nie wybiera się ani miejsca urodzenia ani swojej rodziny. Mamy żyć jak asceci, bo Afrykanie głodują? A może lepiej osiągnąć coś w życiu, zarobić dużo pieniędzy i POMÓC ludziom z trzeciego świata? To samo ze zdradą - mamy cieszyć się, że żona jest niewierna, bo przecież zawsze mogło być gorzej i moglibyśmy zostać sparaliżowani? A co ma piernik do wiatraka? Porównywanie problemów jest jak dla mnie wysoce nieodpowiednie.

Kolejna rzecz - przezwyciężanie kompleksów zostało w tej książce potraktowane po macoszemu, jakby było niesamowicie proste i nie wymagało w wielu przypadkach LAT terapii. Znam ludzi, którzy chodzą do psychologa już od dłuższego czasu i z tygodnia na tydzień walczą o samoakceptację. Powiedzenie im, żeby ze swojego kompleksu zrobili sobie sztandar nie załatwi sprawy.

Kolejna, już ostatnia rzecz, która mnie niesamowicie mierzi i sprawia, że mam ochotę cisnąć tą książką z 6 piętra to podejście Santadreu do umierania. Autor twierdzi, że o śmierci kogoś bliskiego trzeba pomyśleć sobie następująco: "Nie zdarzyło się NIC WYJĄTKOWEGO ani ZŁEGO". Tak, oczywiście. Śmierć dziecka to dzień jak co dzień. Zawiniemy je w prześcieradło, zadzwonimy po koronera i pójdziemy obejrzeć "Modę na sukces"! Tak, rozumiem, że pan Santandreu miał na myśli to, żeby nie załamywać się po takiej tragedii i próbować żyć dalej, ale dobór słownictwa w tym przypadku mnie po prostu oburzył...

Santandreu potrafi zaskoczyć dobrą poradą np. chwali używanie komunikatorów internetowych albo papieru do komunikacji, kiedy nie potrafimy porozmawiać w cztery oczy (czytaj: jakakolwiek komunikacja jest lepsza, niż całkowity jej brak, który rodzi dodatkowe problemy), slow life (czyli zatrzymywanie się podczas codziennego biegu i przewartościowywanie swoich priorytetów), czy zmiana nawyków podczas zaganiania dzieci do nauki (wartościowy sposób, polecam). Co nie zmienia faktu, że większość jego porad jest po prostu... śmieszna. Rzuca na lewo i prawo "prostymi" receptami, ale trafia niestety jak łysy grzywą o kant kuli.

Większość porad w książce opiera się na prostym procesie myślowym, który ja nazywam "pozycją ofiary". I o ile sprawdza się podczas rozwiązywania małych problemów (wyżej opisana sytuacja z niespodziewanym wydatkiem lub "nagrodą" w postaci serialu za ciężki dzień), to nie wyobrażam sobie używać jej w każdym aspekcie życia. Nie wszystko da się sobie racjonalnie wytłumaczyć i odpowiednio przewartościować. Człowiek składa się z UCZUĆ, które mają wielką moc. Poza tym jest niesamowicie skomplikowany. Dochodzenie do stabilnego stanu psychicznego niektórym zajmuje lata ciężkiej pracy. I nie wygląda to tak prosto, jak opisał to Santandreu.

Styl pisania również nie dodaje uroku całości - Rafael Santandreu jest przekonany, że rady, które śmiało wygłasza w swojej książce, świetnie zdają egzamin u wszystkich i są proste do wykorzystania. W takich przypadkach cieszę się, że nigdy nie byłam u psychologa. Bo, jak widać, mogłabym naprawdę źle trafić. 







P.C. Cast, Kristin Cast - "Osaczona"

Co nowego słychać u Zoey? Niewiele. Wydaje mi się, że panie Cast źle oszacowały liczbę tomów swojego cyklu i teraz faszerują książki kolejnymi fillerami i ciągnącą się, niczym obrzydliwy, stary, stopiony ser, akcją.

Zastanawiam się czasem, czy Zoey nie męczą szalone czworokąty miłosne, jakie sobie sama tworzy. Eric, Heath, teraz Stark... To okropnie denerwująca bohaterka. Popełnia głupie błędy, nie skupia się na rzeczach o wiele bardziej istotnych, bo jest omotana przez trzech chłopaków, którzy rywalizują o jej względy! W tej części dochodzi jeszcze Kalona (diaboliczny upadły anioł), który nazywa ją swoją boginią, A-yą. LITOŚCI. Panie Cast, chyba przesadziłyście ze stopniem w jakim Zoey pociąga mężczyzn. Dziewczyna nie potrafi się zdecydować na jednego, krzywdząc przy tym wszystkich w równym stopniu. Czyli innymi słowy od ostatniego tomu nic się nie zmieniło - dalej jest egoistką. Nie myśli racjonalnie, uważa, że sama jest w stanie "uratować świat", a z pomocy starszych korzysta dopiero pod sam koniec.

Po piątym tomie "Domu Nocy" dalej nie przyzwyczaiłam się do okropnych kolokwializmów i nowomowy w lekturze. Coraz bardziej mnie to denerwuje, a rozwiązania akcji i dialogi doprowadzają do białej gorączki.

Ta książka jest najzwyczajniej w świecie naiwna i przykro mi to mówić - głupia. Ze słabym warsztatem pisarskim, bez świeżych, oryginalnych pomysłów na fabułę. W roli głównej, mądrej kapłanki występuje chimeryczna smarkula, którą obchodzi tylko swój wygląd i miłostki. Coraz trudniej jest wytrzymać w świecie Zoey. A także czytając wypowiedzi jej przyjaciół, którzy są umysłowo na jeszcze gorszym poziomie niż ona sama.

Skłaniam się ku temu, żeby zakończyć swoją przygodę z tą serią, a książki sprzedać w antykwariacie, czy gdzieś indziej. Szkoda miejsca, mimo to, że okładki są przecudowne (lecz takiej serii moim zdaniem się zupełnie nie należą!). Następnego tomu na pewno już nie kupię. Jak ktoś znajomy pożyczy to może przeczytam. Naprawdę szkoda pieniędzy...

Jeden. 

Seria Dom Nocy to:
Naznaczona | Zdradzona | Wybrana | Nieposkromiona | Osaczona |  Kuszona | Spalona | Przebudzona | Przeznaczona