Tucha kiedyś mi napisała, że była ciekawa tej książki. Przeczytałam ją dawno, a do tej pory nie umieściłam recenzji, powinnam się wstydzić!
"Wampir z przypadku" to lektura... co najmniej dziwna. Nawet za bardzo nie wiem, co właściwie mam tutaj napisać, bo moje uczucia w stosunku do niej są ambiwalentne. Gdy odłożyłam ją na półkę nie potrafiłam jednoznacznie określić o czym tak właściwie przeczytałam. Pamiętałam natomiast, że dobrych kilka razy uśmiechnęłam się do siebie, czytając zabawnie prowadzoną narrację, czy co poniektóre wypowiedzi bohaterów.
Na początku lektury poznajemy Andriuszę - budzi się po ciężkiej nocy z okropnym kacem i próbuje przypomnieć sobie, jakim cudem jego sufit w łazience nosi ślady brudnego obuwia oraz dlaczego jego kły są dziwnie długie i wyostrzone. W tym celu dzwoni po swojego wieloletniego kolegę i towarzysza niedoli, Wowkę, i przy pomocy kolejnych wysokoprocentowych napojów dochodzą do wniosku, że ktoś zamienił ich w wampiry. Ale nie są wcale silniejsi, nie mają ochoty pić ludzkiej krwi... czy to możliwe więc, że zostali półproduktami, zwykłymi "wampirzymi wypierdkami"?






