Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 8/10. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 8/10. Pokaż wszystkie posty

The Pretty One / Ślicznotka (2013) reż. Jenée LaMarque


Czy Wy też lubicie dzieła przypadku? Ja uwielbiam. Bardzo dużo dobrych rzeczy, które spotkały mnie w życiu, było wynikiem czystego przypadku i "spłynęło" na mnie zupełnie niespodziewanie. Począwszy od poważnych sytuacji, jak na przykład zaliczenie przedmiotu (tak, zdarzyło się :)), czy praktyki semestralne, a skończywszy na takich przyziemnych, jak dobry film.

I tak, wczoraj, przeglądając sobie "randomowe" trailery na Youtube wpadłam na "The Pretty One". Stwierdziłam, że muszę go obejrzeć, bo zapowiada się wspaniale. I kto by odmówił Jake'owi Johnson'owi, czyli Nickowi z "New Girl"? :)

"The Pretty One" to historia Laurel (Zoe Kazan), która jest słodką, ugodową, zamkniętą w sobie, dzwudziestoparoletnią dziwaczką, nadal mieszkającą z ojcem i jego nową dziewczyną w rodzinnym domu. Jej jedynym życiowym zadaniem jest usługiwanie ojcu (z własnej, całkowicie nieprzymuszonej woli!) i malowanie niezbyt udanych kopii sławnych obrazów. Laurel marzy skrycie, żeby upodobnić się do swojej przebojowej siostry bliźniaczki, Audrey (również Zoe Kazan), która nie boi się wyrażać własnego zdania, przez co jest czasem dość nieprzyjemna. Jednocześnie, mimo swoich wad, rozsiewa wokół siebie prawdziwy urok - woń sukcesu zawodowego pomieszaną z niewymuszonym seksapilem. To sprawia, że Laurel wypada przy Audrey wyjątkowo blado. Niespodziewanie obie dziewczyny są uczestniczkami wypadku samochodowego i Audrey ginie. Laurel zostaje omyłkowo wzięta za swoją siostrę bliźniaczkę i pod wpływem impulsu nikogo nie wyprowadza z błędu. Po feralnym pogrzebie siostry, na którym odnosi wrażenie, że wszyscy mieli ją - Laurel - za nic, postanawia pogrzebać swoją tożsamość wraz z trumną bliźniaczki i stać się Audrey już na zawsze. Po tej zmianie po raz pierwszy czuje, że naprawdę żyje i udało jej się w końcu znaleźć swoje miejsce na świecie. Pozostaje tylko pytanie: czy wszystko, co zdarzyło się w jej życiu od pogrzebu zawdzięcza tożsamości Audrey, czy czaruje ludzi schowaną głęboko w sobie, subtelną Laurel?

Silver Linings Playbook / Poradnik pozytywnego myślenia (2012) reż. David O. Russell

Garść dramatu, szczypta komedii, dobrze obsadzone role i niebanalny scenariusz. Czy to wystarczy, by ubiegać się o Oscara?

Pat Solitano stracił wszystko w jedno popołudnie - pracę, żonę, a nawet wolność - po tym, jak napadł na kochanka swojej żony i prawie pobił go na śmierć, został wysłany na 8 miesięcy do szpitala psychiatrycznego, w którym potwierdziły się wcześniejsze przypuszczenia jego bliskich - mężczyzna jest dwubiegunowcem. Po swojej "odsiadce" obiera sobie jeden cel - odzyskać względy swojej żony i sprawić, by cofnęła zakaz zbliżania się. Niedługo potem Pat poznaje piękną nieznajomą - Tiffany, która zaskakująco dobrze go rozumie i jest równie niewygodna dla społeczeństwa, jak i on. Postanawiają sobie pomóc, by wspólnie osiągnąć zamierzone cele.

Brzmi jak KOLEJNA komedia romantyczna, prawda? Zdziwię Was - to komediodramat, a dla mnie, to w tym filmie tak naprawdę chodzi głównie o refleksję i skupienie, a nie o to, by wyjść z kina po pięty uhahanym.

Serial: LOST/Zagubieni (2004). Spoilery! (zaznaczone kursywą).

Myślę, że tytuł (a i zapewne nie tylko) tego serialu każdemu obił się o uszy. LOST stał się istnym fenomenem, siłą napędową dla przemysłu serialowego. Od momentu pojawienia się Zagubionych na ekranach telewizorów widzów na całym świecie, ilość produkcji telewizyjnych wzrosła parokrotnie, bo - nagle - kręcenie seriali zaczęło się opłacać.

Rok 2004 (w Polsce 2005). Emisja pierwszego pilotażowego odcinka. Promocja i oryginalny pomysł na fabułę przyciągają do telewizorów tysiące widzów. Oto, w ich telewizorach, pojawia się serial, który trzyma w napięciu już od pierwszej minuty... I będzie trzymał nadal, przez kolejne 6 lat.

22 września 2004 roku na tajemniczej wyspie na Pacyfiku rozbija się samolot linii Oceanic 815 lecący z Sydney do Los Angeles. 48 pasażerów cudem uchodzi z życiem i rozbija obóz na plaży czekając na ocalenie. Nadzieje na ratunek maleją jednak z każdym dniem - przed rozbiciem samolot oddalił się znacząco ze wcześniej zaplanowanego kursu... Jakby tego było mało, rozbitkowie odkrywają wkrótce, że na wyspie nie są sami. W dżungli słychać szepty innych ludzi, a w głębi lądu grasuje dzikie zwierzę. Od teraz, 48 ocalałych pasażerów, będzie musiało stawić czoło wielu niepokojącym, tajemniczym i niebezpiecznym zjawiskom na wyspie. I, oczywiście, odnaleźć drogę do domu.

Moje ulubione seriale ("Gossip Girl", "El Barco", "Pretty Little Liars", "Misfits", "Glee", "The Vampire Diaries")

Do zabawy zostałam zaproszona przez Beatriz, o czym oczywiście w natłoku zajęć zupełnie zapomniałam (przepraszam).


ZASADY ZABAWY:
1. Opublikuj u siebie na blogu logo taga.
2. Napisz, kto Cię otagował.
3. Zaproś co najmniej 5 innych blogów
4. Wymień i opisz kilka swoich ulubionych seriali.

Mnie to aż wstyd się przyznawać ile tego wszystkiego oglądam... Seriale stały się u mnie codzienną rozrywką, dokładnie tak, jak książki. Jak przychodzę z uczelni i jest to akurat dzień po premierze odcinka, to siadam wygodnie przed komputerem, jem obiad i oglądam.

A które seriale darzę największą sympatią?

Enemef: Najlepsze Polskie Filmy Sezonu, czyli "W ciemności", "Rzeź", "Wymyk" i "Sala samobójców".

Mówiłam już, że uwielbiam ENEMEF'y? Jest to niepowtarzalna okazja, by za niewielkie pieniądze obejrzeć trzy lub nawet cztery filmy, na które miało się ochotę. Oczywiście, jak to w życiu bywa, taka noc filmowa ma też swoje wady: bez mocnej kawy albo napoju energetycznego nie jestem w stanie dociągnąć do trzeciego filmu, a taki zabieg ze sztucznym budzeniem i brakiem snu o normalnej porze jest męczący dla organizmu. Ale ja nie narzekam, bo jestem kinomaniakiem. Ponadto bilet wygrałam na jednym z facebookowych fanpage'ów, więc za ogromną dawkę fantastycznych filmów nie zapłaciłam nawet złotówki.

Jakie Wy macie podejście do Nocy Filmowych? Wybieracie się na nie, czy wolicie jednorazowo skupić się na pojedynczym obrazie, a nie kontemplować po kilka razem o piątej nad ranem?

"W ciemności" (2012) reż. Agnieszka Holland
Na pierwszy ogień poszedł najdłuższy i zarazem najgłośniejszy film z wybranej czwórki - "W ciemności". I tutaj zacznę nietypowo, bo od kreacji Więckiewicza. Jego karierę aktorską śledzę z ogromnym zainteresowaniem od filmu "Vinci" i muszę stwierdzić, że Pan Robert jest jak wino - im starszy, tym lepszy. Aktor ma wybitny talent do wybierania wartościowych filmów. I "W ciemności" to był kolejny świetny krok w jego karierze - kreacja Sochy wymagała od niego dużego talentu i masy czasu włożonego w szlifowanie odpowiedniego akcentu. A co mogę powiedzieć o samym filmie? Przede wszystkim był świeży, opisywał historię Żydów z zupełnie innej perspektywy niż dotychczasowe obrazy i myślę, że polska kinematografia dużo dzięki niemu zyskała. "W ciemności" był niesamowicie klimatyczny i przejmujący, ani przez chwilę nie pomyślałam o tym, by przymknąć na nim oko. Natomiast posiadał pewne niedociągnięcia - na sam początek wysuwa się pewien brak w ukazaniu emocji bohaterów. Nie wiem dokładnie jakich uczuć było za mało, ale po prostu czuję głęboko, że było. A następnym niedociągnięciem, albo raczej "nadciągnięciem" (że się posłużę słowotwórstwem) był istny wysyp scen erotycznych. Rozumiem powód, dla którego reżyserka umieściła je w swoim obrazie i podzielam jej zdanie - pokazać widzom, że mimo wojny, głodu i strachu Żydzi pozostali nadal zwykłymi ludźmi, którym brakowało miłości, oddania, czy po prostu - seksu samego w sobie. Jednak uważam, że można było te sceny ze spokojem podzielić na dwa i umieścić tylko tę "lepszą" połowę w filmie. Chociażby moment powrotu Mundka z obozu, który widzi nagą Klarę myjącą się w deszczówce - ta scena była naprawdę piękna i nie wyobrażam sobie, że mogłoby jej zabraknąć. Ale co za dużo to nie zdrowo. Niemniej jednak "W ciemności" polecam każdemu bez wyjątku. Warto wydać na niego pieniądze.

Ocena: 8/10

"Rzeź" (2012) reż. Roman Polański
Napisy końcowe "W ciemności" wgniotły ludzi w fotel i sprawiły, że każdy czuł się pusty w środku, jakby wyrwali mu pół duszy. Z tym uczuciem w mig rozprawiła się "Rzeź" Polańskiego. Film został nakręcony w jednym budynku i części parku. A dokładniej - kuchni, łazience, salonie, holu z windą i fragmencie zieleni miejskiej. "Rzeź" została przeniesiona przez reżysera z desek teatru na ekrany kin i, cóż tu owijać w bawełnę, Polański zrobił to perfekcyjnie. Reakcje bohaterów, ich mimika i scenografia nie trąca zbytnią teatralnością. Film jest lekki, przyjemny i szalenie zabawny - to się nazywa porządna komedia, nie to, co teraz serwują nam Amerykanie: rubaszne żarty, głupie miny i duuużo, jak ja to nazywam, pacykowatości (drogie samochody, drogie mieszkania, nienaganne fryzury i figury plus bohaterowie, którzy wiodą dość szczęśliwe i pozbawione jakichkolwiek zmartwień życie. A wszystko to w otoczeniu, które epatuje kolorem i dźwiękiem.). Sposób w jaki zmienia się konwersacja czworga z pozoru naprawdę sympatycznych i ułożonych ludzi, jest niesamowity. Jodie, Kate, Christoph i John bezbłędnie zagrali swoje postacie - kawałek po kawałku odkrywali maski swoich bohaterów i pokazywali ich prawdziwe oblicze. "Rzeź" to prawdziwa uczta dla zmysłów i wspaniały trening dla mięśni brzucha.

Ocena: 8/10

"Wymyk" (2011) reż. Greg Zgliński
Tego filmu nie trzeba było mi polecać. Wystarczyło, że zobaczyłam plakat, a na nim twarz Roberta Więckiewicza (wiele osób zarzuca producentom "Wymyku", że skopiowali pomysł na poster z "Czarnego Łabędzia". Ja tam widzę bardzo małe podobieństwo.) I znów, nie pomyliłam się co do tego aktora. Mimika Pana Roberta w tym filmie była mistrzowska - chociażby scena w kościele, kiedy to Fred stara się pogodzić ze swoją chwilą słabości, kiedy to nie stanął w obronie brata, którego czwórka młodych głupich szczeniaków (bo jak inaczej nazwać takie osoby?) pobiła i wyrzuciła z pędzącego pociągu. "Wymyk" nie jest filmem o przebaczeniu, nie stawia też pytania "Dlaczego?". On nam brutalnie pokazuje odpowiedź na "Co dalej?". To kawał dobrego dramatu. Jeśli lubicie takie filmy, to nie wahajcie się. Ja jestem oczarowana.

Ocena: 8/10


"Sala samobójców" (2011) reż. Jan Komasa
Na "Salę samobójców" szkoda było mi już czasu, bo obejrzałam ten film dobre kilka miesięcy wcześniej. Nie znaczy to jednak, że nie jest to dobry obraz! Wolałam wyjść z kina przed godziną 4 rano i wyspać się, by móc z jasnym umysłem kilka godzin później zabrać się za naukę do sesji. Gdyby nie to, zostałabym na filmie na pewno! Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło - na "Sali Samobójców" nie zostałam, ale zdobyłam wersję na DVD i obejrzałam z rodzicami kilka dni później w domowym zaciszu. I byłam zaszokowana tą historią po raz kolejny, chociaż znałam już jej zakończenie. Uważam, że jest to jeden z najlepszych polskich filmów, które wyszły w ostatnich latach. Jest wyprodukowany na światowym poziomie, posiada przecudowną otoczkę graficzną, fantastyczną muzykę i nietuzinkową historię. Historię, która mogłaby się przytrafić każdemu nastolatkowi - sama mam znajomych, którzy znikają w internetowym świecie (a szczególnie grach rpg) na całe dnie. I osoby poznane wirtualnie określają mianem PRZYJACIÓŁ, choć nigdy ich nie widzieli i nie rozmawiali twarzą w twarz. Filmami takimi jak ten możemy się chwalić za granicą, bo naprawdę jest czym - od scenariusza, poprzez scenografię aż do plakatu. A Jakub Gierszał jest nadzieją młodego pokolenia aktorów - swoją rolę zagrał pierwszorzędnie i przekonująco. Na pewno będę mu kibicować i wyczekiwać kolejnego filmu z jego udziałem.

Ocena: 8/10

Po moich ocenach możecie wywnioskować, że bardzo mi się podobało. Na tak równym seansie jeszcze mnie nie było. Dobre polskie filmy nie umarły. Nadal bywają i te rewelacyjne. Trzeba tylko umieć szukać.

Tak, to była prawdziwa uczta.

Już nie mogę się doczekać kolejnego ENEMEFU. Co tym razem zaserwują nam organizatorzy?

Noc oscarowa, czyli "Incepcja", "Jak zostać królem", "Fighter" i "Czarny łabędź".

Dzięki niesłychanemu szczęściu w losowaniach miałam okazję na początku moich wakacji iść zupełnie za darmo na Oscarową Noc Filmową do Bałtyku w Łodzi. I chociaż widziałam już dwa z wyświetlanych filmów, bawiłam się świetnie. 



Inception / Incepcja (2010) reż. Christopher Nolan

Tak, wiem. O tym filmie pisałam tu już wcześniej. Postanowiłam jednak do niego wrócić. Dlaczego? Bo po czwartym podejściu do filmu, on dalej mnie zaskakuje, wciąga w swoją akcję, a to nie zdarza się często! Mogę otwarcie przyznać, że uważam się za szczęściarę, bo Incepcja nigdzie tak dobrze się nie prezentuje jak na dużym ekranie, a ja miałam okazję ją na nim zobaczyć dwa razy. Wcześniej nie dostrzegłam wspaniałego montażu, dużej roli muzyki (czemu Zimmer ma na swoim koncie DOPIERO jednego Oscara, podczas gdy naprawdę tworzy rewelacyjne ścieżki dźwiękowe?) i tylu wspaniałych scen. Obraz dostał Oscara za dźwięk, jego montaż, zdjęcia oraz efekty specjalne. Przyznam, że moment walki w hotelu bez grawitacji raz jeszcze zawładnął moim sercem. Podobnie jak samochód wpadający do wody w spowolnionym tempie. Scenariusz różni się znacząco od tych, który już powstały, jest świeży, co wpływa znacząco na odbiór całego obrazu. Nie porównujemy go do innych filmów z gatunku, nie ganimy scenarzysty za powtarzanie utartych scen. Ellen Page, grająca Ariadne, ewoluuje jako aktor. Czekam ze zniecierpliwieniem na kolejne produkcje z nią w roli głównej. Na DiCaprio patrzyłam dotychczas jak na "blondasa z Titanica", tak więc dobrze było zmienić do niego stosunek. Do "Incepcji" mogę wracać co jakiś czas i tak zapewne będę robić do momentu, aż całkowicie mi się nie znudzi. To ponadprzeciętny film akcji ze świetnym scenariuszem i realizacją. Jak ktoś jeszcze go nie oglądał, polecam serdecznie.

8/10

Filmowo, czyli co oglądać mroźnymi wieczorami.

Podczas mojej nieobecności na blogu obejrzałam bardzo dużo filmów. Głównie za sprawą mojej choroby, kiedy jedyną rzeczą, jaką byłam w stanie robić było leżenie w łóżku. Zima już się zaczęła (ta kalendarzowa co prawda jeszcze nie, jednakże polskie drogi przeżyły już zmasowany atak śniegu) tak więc może skusicie się na któryś z opisywanych przeze mnie filmów, który umili Wam jakiś mroźny wieczór.

1. Easy A / Łatwa dziewczyna (2010) reż. Will Gluck
Nie oszukiwałam się - byłam gotowa na wulgarną komedię z niemałą dawką nawiązań do seksu. Rozczarowałam się, ale pozytywnie! Olive, główna bohaterka, nie jest ani najpopularniejszą dziewczyną w szkole, ani też ostatnią łamagą. Chłopcy raczej ją lubią, a jedyna dziewczyna, której Olive nie podpasowała to zagorzała katoliczka, prowadząca kółko wielbicieli Chrystusa. Nasza bohaterka staje się w szkole sławna za pomocą bezsensownej i niezgodnej z prawdą plotki według której Olive miałaby się w któryś piękny weekend przespać z chłopakiem w myśl nowej mody "chłopak na jedną noc". Od tej pory dziewczyna zachęcona nagłym wzrostem popularności udaje rozwiązłą... Jednakże przyjdzie czas, że ta zła sława przestanie być wygodna. I wtedy Olive będzie próbowała to odkręcić Mając wsparcie w swoich przesympatycznych i dowcipnych rodzicach i polegając na swojej inteligencji (tak, inteligencji, w amerykańskich komediach nie zdarza się to często!) wymyśla pewien plan....
Ocena: Film idealny na zimowe wieczory, do rozerwania się i pośmiania, nawet w towarzystwie. 

Leap Year/ Oświadczyny po irlandzku (2010)

Na początku, przede wszystkim, chciałam podziękować Agnie  za recenzję tego filmu. Wielokrotnie przechodziłam koło plakatu reklamującego i nie zwracałam na niego większej uwagi. Z resztą nie dziwię się - jest raczej przeciętny. Przywodzi mi na myśl głupią komedię romantyczną. A ta, moim zdaniem, taka nie jest.

Anna Brady mieszka w Bostonie. Ma dobrze płatną pracę, przyjaciółkę i od czterech lat jest w związku z Jeremy'm - rozchwytywanym kardiologiem. Jednak dziewczyna nie jest do końca szczęśliwa - pragnie, by chłopak jej się w końcu oświadczył. Gdy więc jej przyjaciółka widzi go wychodzącego ze sklepu jubilerskiego - obie spodziewają się, że kupił dla niej wymarzony pierścionek. Nie muszę chyba mówić, jaki zawód przeżywa Anna, gdy w pudełeczku spoczywają prześliczne kolczyki... Jednak nie poddaje się - Jeremy wylatuje na konferencję do Irlandii, a Anna, słysząc o starej irlandzkiej tradycji, w myśl której dziewczyna może oświadczyć się chłopakowi co cztery lata w rok przestępny, dokładnie 29 lutego, wyrusza za nim trzy dni przed terminem. Chce w tym czasie odpowiednio się przygotować - kupić sukienkę, pierścionek... Niestety, jak to czasem się w życiu zdarza, jej plany krzyżuje pogoda. Mimo szczerych chęci i próby rozwiązania tego problemu na kilka sposobów, ląduje w małym miasteczku - Dingle. Tam poznaje Duncana - wrednego, złośliwego właściciela knajpki, który zgadza się przetransportować dziewczynę do Dublina, gdyż ma problemy finansowe - a bogata Amerykanka oferuje sporo pieniędzy... Zgodnie z powiedzeniem "złośliwość rzeczy martwych", para napotyka na swojej drodze wiele przeszkód, które jednak zbliżają ich do siebie. Kogo wybierze Anna? Sztywnego, zwykłego, ale za to bogatego kardiologa, czy trochę nieokrzesanego, złośliwego Irlandczyka?