Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2/6. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2/6. Pokaż wszystkie posty

E. L. James "Pięćdziesiąt twarzy Greya"

O czym mówi status bestsellera? O tym, że książka się dobrze sprzedaje. A nie, że jest dobra, czy wartościowa. Przepychacze do kibla też się dobrze sprzedają, a nie wnoszą do naszego życia niczego specjalnego.

Książkę posiadam w domu, bo całą trylogię kupił na własność mój dziadek (dowodząc chyba, że jest stereotypowym samcem ;) ). Przed przeczytaniem zostałam poinstruowana, że kiedy skończę, to mam natychmiast całą trylogię sprzedać, bo to gniot jakich mało.

Czym książka tak przyciąga potencjalnych czytelników? Plotki głoszą, że fabułą: Ana, główna bohaterka i studentka literatury, dostaje niespodziewane zlecenie przeprowadzenia wywiadu ze wpływowym, młodym i bardzo przystojnym mężczyzną - Christianem Greyem. Obydwoje od początku przypadają sobie do gustu... i co? I Grey wprowadza niedoświadczoną Anę w tajniki seksu BDSM. To tak w skrócie, bo chyba każdy wie, co kryje się w tym niepozornym tomie.

Natasha Walker "Tajemnice Emmy: początki"

... czyli o tym, jak czasem trzeba sprawdzać po kilka razy, co takiego bierze się do swojej biblioteczki.

Pozycja "Tajemnice Emmy" jest reklamowana jako ta, która została opublikowana przez tego samego wydawcę, który wypuścił na rynek "50 twarzy Greya". Z tą drugą książką nie miałam jeszcze do czynienia, choć nie powiem - ciągnie mnie do niej bardzo, bo zastanawiam się, dlaczego stała się bestsellerem. W oczekiwaniu na możliwość pożyczenia jej od dziadka (tak, DZIADKA), zamówiłam sobie do recenzji "Tajemnice Emmy". Nie spodziewałam się jednak, że będzie ona znacząco odbiegać od mojego o niej wyobrażenia.

Więc o czym jest książka? Nic skomplikowanego - trzydziestodwuletnia Emma niedawno wyszła za mąż, ale już po około 3 miesiącach wierności ma ochotę na skok w bok. I nadarza się ku temu wyborna okazja - poznaje osiemnastoletniego syna sąsiadów, który jest nią zainteresowany. A że Jason to świeże, niedoświadczone mięsko... kto by się oparł takiej pokusie?

Alex Kava - "Kolekcjoner"

Kolekcjoner - to brzmi dumnie! Takim określeniem nazywamy osobę z ogromną pasją, która w niesamowicie skrupulatny sposób dba o swoje okazy i potrafi bez większego problemu znaleźć kolejne perełki do swojej kolekcji (czy to przez wymianę, czy to przez przesiadywanie godzinami na serwisach aukcyjnych). Kolekcjonowanie butów, znaczków, czy koszulek z każdego odwiedzonego miejsca nikogo nie dziwi. Czasem jednak zdarzają się dewianci, którzy za nic mają respekt do martwego ciała.

Maggie O'Dell, agentka FBI, posiadała w swojej karierze mnóstwo ciężkich i wyczerpujących spraw. Jednak, gdy na Florydzie straż przybrzeżna wyłowiła pojemnik wypełniony częściami ludzkiego ciała, Maggie wiedziała, że szykuje się grubsza robota - szczególnie, że odkryte członki nie należały do jednego właściciela...




Carmen Posadas "Zaproszenie na morderstwo"

Tytuł brzmiał intrygująco, opis na okładce był jeszcze bardziej intrygujący, a sama książka?

Olivia Uriarte właśnie rozwiodła się ze swoim (piątym już!) mężem, który niedawno popadł w długi. Jej niegdyś luksusowe życie niedługo zamieni się w koszmar (choć kobieta już wcześniej przeżyła kilka bardzo niemiłych chwil). Olivia postanawia więc odejść z gracją i wielkim boomem. "Odejść" w jak najbardziej dosłowny sposób - knuje intrygę, własną śmierć. Wysyła zaproszenia na wspólne świętowanie rozwodu do kilku swoich byłych znajomych. Osób, które w jakiś sposób zraniła, choć tak naprawdę w całym swoim życiu każdemu uprzykrzała egzystencję. Zaproszeni, choć zszokowani tym dziwnym pomysłem, przybywają na luksusowy jacht. Nie wiedzą, że niedługo staną się podejrzani o morderstwo. Przecież każdy miał motyw...

Bettina Belitz "Pożeracz snów"

Będąc na wyjeździe trafiłam na świetną promocję w księgarni. Wybrane tytuły po 9,90. Wśród nich znalazł się "Pożeracz snów". Pamiętając same pozytywne recenzje, z ogromną ochotą zakupiłam swój własny egzemplarz. Jednak już w połowie lektury zaczęłam kwestionować swoją dobrą pamięć, a po przyjeździe do domu sprawdziłam, czy te oceny rzeczywiście były wysokie, czy to moja pamięć robi się bardzo płytka. I okazało się, że były. NAPRAWDĘ były wysokie! (W tym miejscu proszę wyobrazić sobie mnie - zdjęcie mojej twarzy w zakładce "autorka" - z wielce zaszokowaną miną). 

Zacznijmy od początku. Poznajcie Ellie, która przeprowadza się z większego miasta na wieś. Dziewczyna jest wrażliwa i samotna (i rozpieszczona i nudna jak flaki z olejem... Oj, już dobrze, o tym będzie później!) i nie może odnaleźć się w nowym środowisku. Dręczą ją dziwne sny i śledzi czarny samochód. Wkrótce po tym spotyka nieziemsko przystojnego (jeśli ktoś lubi bezwłosych... nie mam tu na myśli włosów na głowie, oczywiście) Colina Blackburna, który ratuje ją w czasie burzy. Facet jest trochę dziwny, strasznie tajemniczy i jakiś taki za nadto spięty. W głowie nieodmiennie powstawał mi obraz Colina jako Roberta Pattinsona, który naumyślnie krzywił się jeszcze bardziej niż zwykle (Czyżbym straciła ton recenzenta i przybrała ten bardziej jędzowaty? Ups!) Fascynacja Ellie tym dziwnym chłopakiem może jej przynieść prawdziwe kłopoty, ale dziewczyna nie może przestać o nim myśleć... 

"Pożeracz snów" składa się w 80% z bezsensownych i niepotrzebnych opisów, w 15% z romansu z Colinem i w 5% z całkiem ciekawej fabuły dotyczącej demonów. Autorka miała chyba pomysł na 100-stronicową książkę, ale było jej głupio taką podesłać do wydawnictwa, więc dopisała jeszcze 400 stron z nadzieją, że będzie fajnie. Nie, nie jest fajnie. Jest NUDNO. Poprawia się tylko wtedy, gdy Ellie dowiaduje się o tajemnicy ojca lub sprzeciwia się jego zdaniu. Nawet momenty romantyczne są w tej książce tak melancholijne i przydługie, że czytając "Pożeracza" wieczorami zasypiałam po dwóch stronach. 

Chciałam przemilczeć samą bohaterkę, ale nie mogę. Jest irytująca i głupia jak but, do tego, podobnie jak Colin i jej ojciec, strzeże swojej własnej wielkiej tajemnicy. Kimże może być?! Wampirem?! Nie. BEKSĄ (Beksą, która dostaje kieszonkowe w wysokości 200 euro - tak poza tematem, to ile osób dostaje tyle pieniędzy? Ręka w górę! - Dajcie mi tyle, to ja mogę być nawet histeryczką!). No tak, to takie typowe dla dziewcząt w książkach paranormalnych! Autorki chyba nie lubią odważnych i ironicznych dziewoj, bo bardzo rzadko mam okazję o nich czytać. Zamiast tego dostaję mały spodeczek, na którym siedzi irytująca, drobniutka, słodziutka dziewczyneczka, która ma ze sobą problemy i często płacze. Oczywiście, żeby nie być wyklętą przez wyższe sfery w starej szkole, zaprzyjaźnia się z dwoma jeszcze bardziej idiotycznymi koleżankami, którym tylko kosmetyki w głowie. Światełko w tunelu pojawia się wtedy, gdy Ellie sama stwierdza, że jej przyjaciółki są głupsze niż ona. Trochę poniewczasie. 

Autorka nie popisuje się kunsztem literackim, ani wiedzą: Weźmy taką Ellie biorącą penicylinę podczas ospy. Łyka ją, chociaż nie cierpi na żadne powikłania. Panno Belitz, Wikipedia jest darmowa, można na nią wejść i poczytać co nieco o chorobie, naprawdę! Mogę nawet poinstruować! Kolejne ciekawe zjawisko: Ellie wskazująca na stan spożycia po dwóch łykach piwa. Okay, ludzie różnie reagują na alkohol, ale czy samo zachowanie głównej bohaterki nie jest już wystarczająco żałosne? Poza tym chyba z jakichś powodów takie napoje sprzedaje się osobom pełnoletnim? Kolejna sprawa: Ellie przebija sobie gałęzią przestrzeń międzyżebrową, krew tryska i moczy jej T-shirt. Co robi? Idzie dalej, po połowie strony zapomina o ranie, w domu niczym jej nie opatruje. Samoleczące się głębokie skaleczenia? Też tak chcę! 
"Już nie mogłam sobie nawet wyobrazić, żebym kiedykolwiek spotkała mężczyznę, który byłby dla mnie tak pociągający jak Colin. Inni mężczyźni mieli włosy na ciele. Komu się to podoba?" 
Mnie? O gustach się nie dyskutuje, ale facet z gładkimi nogami?! Srsly?! 

Końcówka książki nie powala na kolana, tylko irytuje. IRYTUJE, WYWOŁUJE ŚLEPOTĘ, WYMIOTY I  MYŚLI SAMOBÓJCZE (Problem numer jeden: skrócić sobie cierpienie, czy pokazać się na oczy raz jeszcze tym ludziom, którzy mnie widzieli czytającą tę chałę...). Szczerze mówiąc, to każda strona tej książki jest głęboko denerwująca i infantylna, dialogi czasem wioną patosem na kilometr, a wszystkie postaci zlewają się w pseudoemocjonalną papkę, od której podczas ostatnich 100 stron lektury rozbolała mnie głowa i wszystkie zęby. Gdy dobrnęłam do ostatniej kartki, dziękowałam swojemu samozaparciu, że NAPRAWDĘ wytrwałam. 

Dwója i cieszę się, że książka już zeszła z mojego pola widzenia do kogoś innego, kto być może ją pokocha. 

P.C. Cast, Kristin Cast - "Nieposkromiona"

Za "Nieposkromioną" zabrałam się od razu po lekturze poprzedniej recenzowanej książki. Wiedziałam, że pójdzie lekko, łatwo i przyjemnie, zdążyłam już się poznać na paniach Cast i ich talencie do pisania dużych bzdur i małych bzdurek podanych w słodko-kwaśnym romansie wampirycznym.

I tym razem mnie nie zawiodły, muszę przyznać z niemałym żalem. Język pozostał taki sam. Chociaż nie, właściwie to ewoluował. Na gorsze. Bohaterowie non stop wyzywają się od "palanciar" (matko, nie wiedziałam, że takie słowo istnieje), "dupków", robią "posrane rzeczy" i "totalnie się olewają". Czasem miałam ochotę odłożyć tę książkę, bo mnie po prostu raziła tymi za bardzo "nowoczesnymi" (że tak to ujmę) dialogami wprost z nizin społecznych.

Zajmijmy się fabułą.
Zoey przeżywa swoją głupotę i miota się po całym Domu Nocy, bo przespała się z niewłaściwą osobą. Właściwie nie dziwię się, że taki jest koniec jej romansu z trzema chłopakami, skoro wszystkich po kolei wykorzystywała. Nadal jest zagubiona, niezdecydowania i robi wszystko, żeby przyjaciele jej wybaczyli to, że oszukiwała ich prawie cały semestr (w dobrej wierze). Oprócz tego pojawiają się jakieś tajemnicze, złe kruki, a nowa rezydentka Domu Nocy wnosi do niego nadzieję na pokonanie Neferet. To o czym właściwie jest to 360 stron, skoro w tym momencie zarysowałam już całą akcję? Musi się, naturalnie, pojawić nowy chłopak, żeby bohaterka miała zajęcie, który (niespodzianka!) nie pozostaje obojętny co do jej uroków. Adepci muszą się pokłócić i powyzywać oraz prowadzić mnóstwo bezsensownych dialogów (przez to coraz częściej mi się wydaje, że jednak pewna część narodu amerykańskiego jest rzeczywiście tak płytka i głupia...), a akcja leży i kwiczy.

P.C. Cast, Kristin Cast - "Wybrana"

Jesień w pełnej krasie, a ja mam iście szampański humor. Każda rzecz nastraja mnie pozytywnie, nie straszny mi nawet brak słońca i temperatura, która rankiem nie przekracza siedmiu stopni Celsjusza. Wrzesień jednak może być piękny!

Z recenzją "Wybranej" długo zwlekałam, poczytując w międzyczasie trochę klasyki i innych ciekawych pozycji (o jednej w następnym poście) z jednego względu - kompletnie nie wiedziałam co mam z tą książką począć.  Może zacznę od tego - czy kolejny tom cyklu "Dom Nocy" jest lepszy od poprzednich? I tak i nie.

Jeśli chodzi o język - dalej mam takie same zastrzeżenia jak do poprzednich części. Jest infantylny i płytki. Powinnam się jednak do tego przyzwyczaić, bo nie sądzę, żeby panie Cast poprawiły się w tej materii (przynajmniej większości czytających tę książkę on nie przeszkadza, więc nie będą się silić na mądrości).

Treść za to ciągle mnie zaskakuje:
Co byście powiedzieli na małą zamianę ról w Domu Ciemności? Największy sprzymierzeniec okazałby się Waszym śmiertelnym wrogiem, a największy wróg - nowym przyjacielem?

P.C. Cast, Kristin Cast - "Zdradzona"

Historia się powtórzy: tę książkę, jak jej poprzedniczkę, nabyłam w księgarni Matras, która miała -25% rabatu na co poniektóre pozycje. Kupiłam od razu dwa kolejne tomiki, wiedząc, że prędzej czy później zrobić to będę musiała (zawsze kończę czytać serie, które zaczęłam). Tym razem jednak zakupu aż tak bardzo nie żałuję, bo po "Naznaczonej", która znalazła się prawie na dnie historii o wampirach, "Zdradzona" zaczyna się bronić.

Znów spotykamy Zoey Redbird, adeptkę szkoły wampirów, która mieszka w Domu Nocy zaledwie od miesiąca. Jak to oczywiście bywa z głównymi bohaterkami powieści dla amerykańskich nastolatek, Zoey jest ładna, emanuje seksapilem i na każdym kroku jest wprost niezwykła. Jest gęściej naznaczona na ciele niż pozostali adepci, obejmuje stanowisko przewodniczącej Córom i Synom Ciemności (nie pytajcie...) i kontaktuje się podczas obrzędów ze wszystkimi pięcioma żywiołami! Ma czwórkę przyjaciół, chłopaka, zadurzonego w niej eks i przystojnego nauczyciela, który pisze dla niej wiersze i ogląda ją półnagą w świetle księżyca. Żyć, nie umierać! Amerykanie by od razu wykrzyknęli "Ale czad, no nie?!"

Władimir Wasiliew "Oblicze czarnej Palmiry"

Sheila pisała mi w komentarzach pod "Nocnym Patrolem", żebym nie czytała "Oblicza czarnej Palmiry", ale ja niestety już zdążyłam. Książka korciła mnie straszliwie, gdyż cykl o Patrolach czytam już drugi raz, a o niej wcześniej nie miałam zielonego pojęcia! Jak później stwierdziłam - mogłam żyć w błogiej nieświadomości.

"Oblicze czarnej Palmiry" to część uzupełniająca wydarzenia z "Dziennego Patrolu" S. Łukjanienki i W. Wasiliewa, którą w pojedynkę próbował napisać ten drugi pan. Jak dla mnie, z ciężkim sercem muszę to przyznać, on jej nie napisał. On ją popełnił.

P.C. Cast, Kristin Cast "Naznaczona"

Dzisiaj chyba, wśród blogów z recenzjami, mamy dzień wampirów. Właśnie wróciłam z Książka: myśl, słowo, uczucie, czyn... oraz z Słowem malowane, gdzie przeczytałam o książkach, które zamierzam w najbliższym czasie kupić, albo pożyczyć.

Po raz kolejny się przekonałam, że to bardzo niebezpieczne - przechodzić koło księgarni "Matras" w Manufakturze. No bo oczywiście moje ciało postanowiło za mnie - wejdę tam i nie mogę nic na to poradzić. Z trudem powstrzymałam się od wykupienia książek z całej półki i zadowoliłam się tylko jedną. Normalnie kosztuje 29,90 zł, ja jednak dostałam ją za 22,43, gdyż nadal trwa tam promocja - 25% na cały asortyment. Jeszcze nie podzieliłam się z Wami moimi wrażeniami po jej lekturze, ale powiem jedno: cieszę się, że była taniej. Dzięki temu mniej żałuję, że ją kupiłam.

---------------------------------

"Naznaczona" to powieść napisana przez matkę i córkę. Tym bardziej powinna trzymać poziom. Jednak wcale tego nie robi.

Meg Cabot "Liceum Avalon"

Jako że miałam ochotę na coś całkowicie odmóżdżającego i nie wymagającego specjalnego wysilenia komórek mózgowych, pozwoliłam sobie na krótszą chwilę odstawić "Przypadek Adolfa H." i w ciągu dzisiejszego poranka, przy kawie i jajku sadzonym, przeczytać. Kupując tę książkę ze trzy lata temu przede wszystkim kierowałam się tym, że dotyczyć będzie, może nie bezpośrednio, legendy o Królu Arturze na punkcie której niegdyś miałam prawdziwego bzika. Jakże miłym zaskoczeniem w domu było to, że razem z nią kupiłam sobie także poemat Tennysona (!), do którego także w swoim czasie wzdychałam, a trochę trudu sprawiło mi znalezienie jego tłumaczenia na język polski gdzieś w Internecie, gdyż niektóre wersy oryginału mogłam już recytować z pamięci, a byłam ciekawa polskiej interpretacji. Na każdy rozdział książki wypada jeden wers poematu.

Stephen King "Nocna Zmiana"

Ukończenie tej książki zajęło mi pół roku. Tak, dobrze czytacie - pół roku. Co sprawiło, że to zaledwie 437-stronicowe dzieło (a nie opasłe tomisko, jakim jest na przykład "Powstanie '44" Normana Davies'a) zmusiło mnie do zrobienia sobie wielu przerw w dalszym wertowaniu? Zacznijmy od przedmowy. Przedmowy, którą napisał KTOŚ. Nie sam autor, a inny pisarz, który wychwala wszystkie zawarte opowiadania w tym tomie. Szczerze mówiąc nie wiem po co, gdyż jak już wydało się na tę książkę (O ZGROZO!) 32 zł, to i tak siłą rzeczy się ją przeczyta. Potem następuje słowo od autora. Nie, zdecydowanie ten wyraz jest niewłaściwy, jeśli popatrzymy na ilość wydrukowanych stron. Na nie składają się w dużej mierze podziękowania, które naprawdę potrafią zanudzić.