Na Orange Warsaw Festival mnie jeszcze nie było. Żaden artysta pojawiający się dotychczas w zeszłorocznych lineupach nie skusił mnie na tyle, żebym się wybrała do stolicy i nie żałowała pieniędzy. Tego roku było inaczej. Planu B nie słucham, Sistars i Jamiroquai tym bardziej, więc został mi dzień pierwszy ze wspaniałym Skunk Anansie, którego występ zachwycił mnie rok temu na Openerze i z My Chemical Romance grającymi swój pierwszy koncert w Polsce. Moby'ego nie słucham, muszę szczerze się przyznać, ale o tym czy jego występ mi się spodobał czy nie, będę mówić w części drugiej.
DOJAZD
W momencie, gdy wysiadłam w Warszawie Centralnej przez chwilę nie wiedziałam gdzie się znajduję. Jakieś dziwne przejścia, remonty... Nie ważne ile razy już do stolicy przyjeżdżałam, tym razem naprawdę nie mogłam się odnaleźć. Przynajmniej dość szybko - błądzenie zajęło mi jakieś 4 minuty, zanim znalazłam właściwą drogę "na powierzchnię". Potem nastąpił moment zawahania, ale wybrałam trasę metro-autobus i poszłam na stację Centrum. Bez przeszkód dotarłam na Politechnikę, a stamtąd było dosłownie kilka kroków na przystanek. Na autobus nie czekałam w ogóle, zawiózł mnie tam gdzie chciałam (okazało się jednak, że UMIEM studiować mapę i wybierać połączenia!) i powoli dowlokłam się pod Stadion Legii. Brawa dla Warszawskiej komunikacji miejskiej!




